Witam Was serdecznie. Mam na imię Lena. Trafiłam przypadkiem na Waszą stronę i zapragnęłam podzielić się, z osobami które ją śledzą, moją historią. Chcę Wam opowiedzieć o moim zmaganiu się z chorobą Haszimoto, która dotyka tak wiele z nas. A przy tej okazji, może uda mi się zaoszczędzić czas i nerwy chociaż niektórym z Was, byście uniknęły nietrafionych metod i ślepych uliczek. Podzielę się z Wami moją drogą, która doprowadziła mnie do miejsca, w którym znajduję się teraz. Na dzień dzisiejszy rozprawiłam się niemal całkowicie z moimi dolegliwościami i odchodzą one powoli w niepamięć.
Ale zanim ten stan osiągnęłam musiałam przejść długą drogę… Ponad dziewięć lat temu zaczęłam mieć dziwne objawy. Zmęczenie było tak duże, że nie mogłam wstać z łóżka. Zaczęło mi to poważnie zaburzać mój rytm dnia. Miałam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. Ja, która nigdy dotąd nie miałam problemów żołądkowych, nagle zaczęłam cierpieć na wzdęcia i zaparcia. Zawsze dotąd szczupła, zaczęłam przybierać na wadze, by za chwilę znów ją utracić. Pojawiły się palpitacje serca i ogromna drażliwość. Wyobrażacie sobie jakie konsternujące odczucia i głęboki stres temu wszystkiemu towarzyszyły.
Zaczęłam od szukania pomocy u lekarzy. Na początek zlecano mi rozmaite badania, wśród nich TSH, T3 i T4. Wszystkie wyniki były jednak w normie, więc diagnozy co do mojego stanu zdrowia były tak zróżnicowane, jak różni byli lekarze je wystawiający. Ja jednak nie mogłam się z tym wszystkim pogodzić i drążyłam dalej.
Pewnego dnia trafiam gdzieś na artykuł o chorobach autoimmunologicznych. Przy kolejnej wizycie zasugerowałam więc nieśmiało mojej zaprzyjaźnionej lekarce, że może to choroba Haszimoto jest przyczyną mojego fatalnego samopoczucia i pozostałych przykrych dolegliwości. Okazało się, że to był przełomowy moment!
Zrobiono mi usg i badania na przeciwciała anty-TPO. Już sam obraz podczas badania ultrasonograficznego wykazał jednoznacznie patologię tarczycy. Cóż, okazało się, że moje przeczucie było ze wszech miar słuszne. Faktycznie byłam chora na Haszimoto. Świadomość tego co mi dolega nie sprawiła jednak bynajmniej, że pogrążyłam się w użalaniu nad samą sobą. Odwrotnie, skłoniła mnie do tego by podjąć zdecydowane działania i zaopiekować się sobą najlepiej jak to możliwe. Zaczęłam czytać książki o Haszimoto oraz jeździć na warsztaty i konferencje, podczas których podejmowane były tematy dotyczące chorób autoimmunologicznych. Cel był jeden dowiedzieć się jak najwięcej na czym polega ta choroba i spróbować ją okiełznać możliwie jak najbardziej naturalnymi metodami, które nie będą powodowały żadnych skutków ubocznych.
Zaczęłam od zmieniania moich nawyków żywieniowych, odstawiłam wszystkie produkty, które mogły mi szkodzić, a zastąpiłam je tymi o bardzo niskim Indeksie glikemicznym. Odżywianie bez glutenu, laktozy, cukru dość prędko weszło mi w nawyk. Do tego ruch, sport.
I tu niestety pojawił się kolejny problem, mianowicie z doborem właściwej suplementacji. Nie trzeba tłumaczyć nikomu cierpiącemu na choroby tarczycy, jak ważne jest to dla nas zagadnienie. Ja konsekwentnie, chciałam podejść do problemu odpowiedzialnie, jako że nie uznaję żadnych, ale to żadnych syntetyków. Zaczęłam znów pytać, sprawdzać, dociekać. Poszukiwania metodą prób i błędów trwały długo.
Pewnego razu jednak trafiłam w internecie na intrygujący artykuł, na temat osobliwego specyfiku o zastanawiającej nazwie plazma morska. Zrobiło wtedy na mnie dojmujące wrażenie jego główne przesłanie, które można tutaj zawrzeć w jednym zdaniu, że aby jeden konkretny minerał mógł zostać przyswojony i miał szansę korzystnie zadziałać na mój organizm – musi zostać podany w towarzystwie innych pierwiastków współzależnych. I tak na przykład, suplementacja samą wiataminą D3 (nawet połączoną z wit. K2MK7) wiele nam chorym nie pomoże bo organizm, żeby procesy metaboliczne zachodziły w nim prawidłowo, musi mieć bazę czyli wszystkie minerały wraz z pierwiastkami śladowymi, i to w odpowiednich proporcjach.
A plazma morska, tak się składa, zawiera właśnie wszystkie niezbędne dla organizmu pierwiastki i to w proporcjach dokładnie takich jak w osoczu naszej krwi. Byłam w domu! Wyglądało na to, że znalazłam nareszcie optymalny sposób suplementacji, komplet 78 organicznych elektrolitów, minerałów i pierwiastków śladowych (i to bez żadnych sztucznych dodatków). Ponieważ w Hashimoto kluczowe jest właśnie zapanowanie nad równowagą pierwiastków w diecie, zwłaszcza jodem i selenem, to fakt że znalazłam naturalny preparat nie pomijający żadnego z nich, napawał ogromnym optymizmem. Zwłaszcza, że przyjmując popularne produkty zawierające minerały, nie dość, że nie są one na ogół pochodzenia naturalnego, a więc ich przyswajanie jest mocno ograniczone, to jeszcze jest to zazwyczaj kilka podstawowych makroelementów, które bez obecności i wsparcia pierwiastków współzależnych, doprowadzają do rozchwiania równowagi mineralnej w organizmie.
Plazma Quinton trafiła odtąd do mojej codziennej rutyny – ampułka przed śniadaniem i ampułka przed snem. Szybko zauważyłam pierwsze zmiany. Najpierw ustąpiły epizody złego nastroju. Dni stały się pogodniejsze, ale też bardziej energetyczne. Poprawił się sen, więc wstawałam nareszcie wypoczęta. I, co najważniejsze, ustąpiły także moje uciążliwe problemy trawienne. Wprawdzie na krótko na skórze pojawiły się wypryski, ale szybko ustąpiły wraz z fazą wstępnej detoksykacji. Po dłuższym czasie zauważyłam natomiast znaczącą poprawę stanu włosów, skóry i paznokci. No i na koniec ogromne zaskoczenie, przez całą jesień i zimę nie przytrafiła mi się żadna większa infekcja – tak plazma morska wpłynęła na podwyższenie mojej ogólnej odporności.
Naprawdę nie jest moim zamiarem reklamowanie tu żadnego suplementu. Moją intencją jest tylko pomóc osobom takim jak ja, żeby ich droga do zdrowia była nieco krótsza i mniej wyboista. Kiedy ja zachorowałam, było tak mało wiadomości, nie było też koło mnie nikogo kto udzieliłby mi właściwych porad. Do dziś spotykam się z lekarzami, którzy uważają, że styl życia i sposób odżywiania oraz suplementacja, nie mają żadnego wpływu na choroby autoimmunologiczne. Ja się z tym kategorycznie nie zgadzam. Poznałam wiele kobiet, które są żywym dowodem na potwierdzenie tezy, że odpowiedzialne traktowanie naszego organizmu oraz pełna świadomość specyfiki własnej choroby – pozwalają nam żyć bez tych wszystkich dotkliwych i przykrych objawów. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem! A przecież nigdy koniec końców, nie brałam leków, czytaj hormonów, na Haszimoto… A czuję się, od długiego już czasu, po prostu znakomicie i mogę w związku z tym teraz śmiało przyznać – że jestem prawdziwą szczęściarą:)